SZANOWNY CZYTELNIKU!

Społeczno-polityczna blogostrona TYLKO DLA ORŁÓW! powstała przed Wyborami Parlamentarnymi 2011, w których kandydowałem do Sejmu RP. Na początku zamieściłem na niej podstawowe informacje o sobie, mój program wyborczy oraz opublikowałem kilka swoich artykułów prezentujących moje zainteresowania społeczno-kulturalne. Po Wyborach Parlamentarnych 2011, które zakończyły się dla mnie niekorzystnym wynikiem, postanowiłem rozwijać swoją blogostronę poprzez zamieszczane tu na bieżąco głównie autorskie teksty. Poruszam w nich tematy dotyczące szeroko rozumianej przestrzeni społeczno-politycznej. Moje wypowiedzi pogrupowane są w trzech głównych działach: „Kultura i oświata”, „Ekumenizm”, „Ruch Palikota”. Krytyka społeczna prowadzona jest z pozycji lewicowych, albowiem bliskie są mi hasła lewicowego projektu walki z ekonomicznym i kulturowym wykluczeniem. Systemy kultury, takie jak: polityka, nauka, sztuka czy religia, które – w moim odczuciu – różnią się od siebie jedynie środkami wyrazu, a łączy je wpływ na kształt życia społecznego, ujmowane są holistycznie.

MÓJ WYNIK WYBORCZY

Mija już drugi miesiąc od Wyborów Parlamentarnych 2011. Zaprzysiężono posłów i nową/starą Radę Ministrów z premierem Donaldem Tuskiem na czele. Upływający czas pozwala mi spojrzeć na moją kampanię wyborczą chłodnym okiem, sprawia, że postrzegam to wydarzenie już z pewnego dystansu i oceniam je – jak sądzę – w miarę obiektywnie. A było to wydarzenie w moim życiu szczególne, gdyż nigdy wcześniej nie kandydowałem w żadnych wyborach. Co prawda, nigdy też nie otrzymałem od nikogo takiej propozycji, lecz z drugiej strony nie było również do tej pory na polskiej scenie politycznej ugrupowania, jakie chciałbym firmować swoim nazwiskiem. Dopiero pojawienie się Ruchu Palikota, którego lubelskie struktury współtworzyłem (byłem przewodniczącym Okręgowego Sądu Koleżeńskiego tej partii), sprawiło, że postanowiłem kandydować do Sejmu z listy formacji politycznej, z programem której utożsamiam się w 100%.

Nie ukrywam, że już od jakiegoś czasu myślałem o zaangażowaniu się w politykę, ale po 1989 r. na scenie politycznej nie było – jak już wspomniałem – ugrupowania, z programem którego utożsamiałbym się od początku do końca.

Odkąd pamiętam, zawsze posiadałem przekonania lewicowe, jednak nigdy nie brałem pod uwagę związania się np. z SLD. Po roku 1989 przeszkadzało mi to, iż korzenie tej formacji sięgają PZPR. Szalę goryczy przeważyły jednak rządy SLD po zwycięskich wyborach tego ugrupowania w 2001 roku. Serwilizm SLD wobec Kościoła katolickiego sprawił, iż uważam tę formację polityczną za całkowicie skompromitowaną i niewiarygodną ideologicznie. Uzyskane wówczas przez Kościół przywileje i wielkość oddanego mu majątku nie mają sobie równych w czasach żadnej innej władzy po 1989 roku. Z tego też powodu jestem przeciwnikiem obejmowania przez byłych członków SLD jakichkolwiek kierowniczych funkcji w strukturach Ruchu Palikota.

Dlaczego Ruch Palikota, czyli wszystkiemu winni pozytywiści

Pamiętam, że od dziecka zawsze stawałem po stronie słabszych. Broniłem ich bez względu na moje osobiste sympatie czy antypatie. Tak właśnie ukształtowały mnie pozytywistyczne lekturki, które czytałem w szkole podstawowej. Gdy dorosłem, przełożyło się to na przeciwstawianie się dyskryminacji wszelkiego typu mniejszości: narodowych, etnicznych, wyznaniowych czy seksualnych.

Wcześniej, gdy byłem jeszcze nastolatkiem, trwałe piętno na moim życiu odcisnęła ideologia pierwszej fali subkultury punk, która w polskim wydaniu miała charakter zdecydowanie pacyfistyczny, przybierając postać nieformalnego ruchu społecznego wymierzonego przeciwko totalitarnym instytucjom ograniczającym wolność i niezależność człowieka, takim jak: komunistyczny rząd i jego aparat przymusu – milicja i wojsko, propagandowe środki masowego przekazu itp. Co ciekawe, po roku 1989 przestrzeń społeczno-polityczna po tych reżimowych instytucjach w Polsce została skutecznie zagospodarowana przez wielkie korporacje i Kościół katolicki, pomiędzy którymi toczy się aktualnie walka o „rząd dusz” w polskim społeczeństwie konsumpcyjnym. Kościół katolicki, który w czasach PRL-u jawił się w świadomości wielu Polaków jako enklawa sprawiedliwości, wolności i tolerancji, po 1989 roku przeszedł do ofensywy, w wyniku której usankcjonował konkordat, swoją obecność w placówkach zamkniętych i naukę religii w szkole publicznej, co zdaniem wielu jurystów było sprzeczne z ówcześnie obowiązującym prawem.

Jako człowiek wierzący Bogu jestem antyklerykałem, czyli – zgodnie z definicją słownikową terminu „antyklerykalizm” – zajmuję krytyczną postawę wobec przywilejów lub władzy kleru w przestrzeni publicznej poza miejscami kultu. Niestety, antyklerykalizm często błędnie utożsamiany jest z antychrystianizmem czy ateizmem. Nie jestem więc – jak sądzą niektórzy – wrogo nastawiony do Kościoła, nie walczę z Kościołem, religią, wiarą i ludźmi wiary, lecz przeciwstawiam się klerykalizacji życia społecznego. Przy czym – dla jasności – mierzi mnie zarówno klerykalizm katolicki, jak i prawosławny czy protestancki. Oczywiście w Polsce mamy do czynienia głównie z tym pierwszym, ale nie życzę sobie też tego drugiego i trzeciego. Nie zgadzam się na wpływ instytucji religijnych na pozareligijne życie społeczeństwa, w tym na sprawowanie władzy publicznej. Będąc chrześcijaninem, opowiadam się jednocześnie za państwem świeckim, w którym Kościoły i związki wyznaniowe są tylko jednym z równouprawnionych uczestników dialogu społecznego.

Jacek Kuroń i "Krytyka Polityczna", czyli moje inspiracje

Zawsze z wielką atencją odnosiłem się do działalności KOR i osoby Jacka Kuronia. O istnieniu KOR-u dowiedziałem się jednak dopiero po jego rozwiązaniu w 1981 roku. Miałem wtedy 16 lat. Ze sceptycyzmem postrzegałem natomiast działania podejmowane przez „Solidarność” z Lechem Wałęsą na czele. Być może o mojej niechęci wobec tego ruchu zdecydował jego klerykalny charakter: Lech Wałęsa – ikona ruchu – z Matką Boską w klapie marynarki czy oskarżany o antysemityzm ks. Henryk Jankowski, kapelan „Solidarności”. Później rok 1989 i rząd Tadeusza Mazowieckiego z Jackiem Kuroniem w roli ministra pracy i polityki socjalnej. Następnie to samo stanowisko Kuronia w rządzie Hanny Suchockiej. Szczerze mu wtedy kibicowałem, podobnie jak w wyborach prezydenckich w 1995 roku. 15 lat później – już po śmierci tego polityka – starałem się przekonać Radę Pedagogiczną zespołu szkół, w którym pracuję, aby zdecydowała się nadać imię Jacka Kuronia jednej z placówek wchodzących w skład naszego szkolnego kompleksu. Niestety, bezskutecznie.

Kiedy poszukuję odpowiedzi na pytanie, co tak nieustannie fascynuje mnie w postaci Jacka Kuronia, muszę wskazać z pewnością na jego wysiłek godzenia wartości lewicowych z etycznym przesłaniem chrześcijaństwa. To na pewno nas łączy. A co nas dzieli? Dzieli nas niewątpliwie jego ateizm i mój teizm, ale nie ma to większego znaczenia w kwestii sposobu podejścia do problemów społecznych. Jednak tym, co szczególnie ujmuje mnie w postaci Kuronia, jest przede wszystkim jego życie zgodne z zasadami, które głosił oraz to, że do końca swych dni pozostał politykiem o czystych rękach.

Drugim źródłem moich inspiracji są autorzy związani ze środowiskiem "Krytyki Politycznej", którego ambicją stała się próba ożywienia tradycji polskiej inteligencji zaangażowanej. Nie ukrywam, że bardzo odpowiadają mi głoszone przez to środowisko hasła lewicowego projektu walki z ekonomicznym i kulturowym wykluczeniem oraz holistyczne ujmowanie systemów kultury, jakimi są nauka, sztuka i polityka, które różnią się od siebie tylko środkami wyrazu, a łączy je wpływ na kształt życia społecznego.

Dlaczego kandydowałem?

Jestem aktualnie czynnym nauczycielem i członkiem Solidarności Nauczycielskiej, ale nie utożsamiam się ze wszystkimi głoszonymi przez ten związek hasłami. Poza tym, zarówno oświatową „Solidarność”, jak i ZNP uważam za związki zbyt zachowawcze w walce o interesy nauczycieli.

Rządy kolejnych ministrów edukacji po 1989 roku, czyli m.in. Henryka Samsonowicza (wprowadził nauczanie religii do szkół publicznych w wyniku nacisków ze strony hierarchów Kościoła katolickiego w rzekomo świeckim państwie), Andrzeja Stelmachowskiego (przyznał szkolnym katechetom takie same prawa, jakie posiadają inni nauczyciele, bez obciążania ich tymi samym rygorami), Mirosława Handke (wprowadził gimnazja – najgłupszy z wszystkich pomysłów kolejnych ministrów edukacji po 1989 roku; powinno się go skazać za to na dożywotnią pracę w charakterze nauczyciela chemii w tym typie szkoły), Romana Giertycha (ogłosił „amnestię maturalną” oraz usunął z kanonu lektur szkolnych teksty wybitnych twórców, m.in. Gombrowicza), Katarzyny Hall (spowodowała rozrost biurokracji szkolnej do niespotykanych wcześniej rozmiarów), postrzegam jako pasmo nieszczęść dla polskiej szkoły, a i wybór na to stanowisko Krystyny Szumilas, dotychczasowego sekretarza stanu w MEN (w praktyce prawej ręki byłej minister Hall) nie wróży – moim zdaniem – dobrze dla przyszłości polskiej edukacji.

Wniosek jest bolesny: Nasi politycy nie mieli i nie mają żadnego sensownego pomysłu na uzdrowienie polskiej szkoły. Jako nauczyciel, a więc przedstawiciel elity intelektualnej polskiego społeczeństwa, stanowczo protestuję przeciwko kierunkowi „reform”, w którym podąża polska oświata:

Nie zgadzam się na obniżanie prestiżu zawodu nauczyciela poprzez równanie nauczycielskich uposażeń do poziomu wynagrodzeń pracowników niewykwalifikowanych!

Nie zgadzam się na rozrost biurokracji w szkole i angażowanie nauczycieli w działania pozorowane, które w żaden sposób nie przekładają się na poziom wyników, jakie osiągają uczniowie!

Nie zgadzam się na pozbawienie nauczycieli wszelkich instrumentów nacisku wobec uczniów niesfornych, których obecność w szkole sprawia, iż nauczyciele tracą swą energię na ich dyscyplinowanie, zamiast poświęcać ją na efektywne nauczanie!

Przegrałem czy nie wygrałem?

Biorąc pod uwagę mój wynik wyborczy, raczej przegrałem. Zdobyłem 1667 głosów. Do sukcesu wyborczego zabrakło mi ich 5318. To dużo.

Swoją kampanię wyborczą kierowałem przede wszystkim do nauczycieli, uczniów i ich rodziców, uważam bowiem, iż naprawa polskiego systemu edukacji jest obecnie kluczową kwestią z punktu widzenia pomyślnego rozwoju naszego kraju. Polska szkoła nie dysponuje bowiem aktualnie żadnym programem edukacji na miarę naszych czasów. Zdaniem prof. Tadeusza Szkołuta „nie rozstrzygnęła ona nawet tego, jaki wzór osobowy człowieka powinna propagować, i nadal oscyluje między modernistycznym ideałem technokraty (wąsko wyspecjalizowanego eksperta, wolnego od poczucia moralnej odpowiedzialności za odległe skutki swych profesjonalnych decyzji) a premodernistycznym ideałem homo religiosus, który przybiera niekiedy karykaturalną postać stereotypu Polaka-katolika, mającego być wzorem dla dekadenckiej Europy, reprezentującej jakoby cywilizację śmierci” (T. Szkołut, Człowiek ponowoczesny wobec tradycji kulturowej – implikacje pedagogiczne, [w:] Pedagogika kultury pod red. J. Gajdy, Lublin 1998).

Opowiadam się za wyprowadzeniem lekcji religii ze szkół, ponieważ uważam, że rozdział państwa od Kościoła stanowi rozwiązanie korzystne zarówno dla obywateli, jak i samych Kościołów (nie tylko dla Kościoła katolickiego, ale również dla innych Kościołów i związków wyznaniowych), które powinny stawiać na jakość, a nie na ilość. Polska szkoła musi uczyć współpracy i tolerancji. Potrzebą chwili staje się również edukacja seksualna i filozoficzna.

Czy z takim programem mogłem wygrać? Startując z 5 miejsca, na pewno nie, gdyż nikomu kandydującemu z tej pozycji na listach Ruchu Palikota w całym kraju nie udał się taki wyczyn. Mandat do Sejmu uzyskało 38 „jedynek” i tylko dwie „dwójki” (z Warszawy i Lublina).

Czy mogłem uzyskać lepszy wynik wyborczy? Pewnie tak. Wymagałoby to jednak większych nakładów finansowych na promocję mojej osoby, na co nie było mnie po prostu stać. Jako polski nauczyciel zarabiam pięć razy mniej niż mój kolega po fachu np. w Niemczech. Taka prawda. Swoją kampanię wyborczą finansowałem wyłącznie z własnej kieszeni, przeznaczając na ten cel półroczne dochody. Moje zaangażowanie finansowe okazało się drugim co do wielkości wśród kandydatów z listy Ruchu Palikota w okręgu wyborczym nr 6. Nie wspierał mnie żaden sponsor, ale też o sponsoring nie zabiegałem, aby po ewentualnym sukcesie wyborczym nie mieć tzw. długów wdzięczności.

Błędy, jakie popełniłem, prowadząc kampanię wyborczą

Przede wszystkim powinienem wziąć sobie na czas kampanii wyborczej miesiąc bezpłatnego urlopu. Mógłbym wówczas poświęcić więcej czasu na bezpośrednie spotkania z wyborcami w różnych miejscowościach mojego okręgu wyborczego. Jednak takie rozwiązanie jeszcze bardziej nadwyrężyłoby mój, i tak skromny, budżet.

Za błąd uważam dzisiaj skierowanie swej kampanii do wąskiego elektoratu, jakim są nauczyciele. Wyniki wyborów świadczą o tym, że większość z nich głosowała na innych kandydatów. A przecież poza naprawą polskiej szkoły interesuje mnie jeszcze wiele innych kwestii: walka o świeckie formy funkcjonowania instytucji państwowych, a co za tym idzie praktyczny, a nie jedynie teoretyczny rozdział państwa i Kościoła, ochrona praw wszelkiego rodzaju mniejszości, działania na rzecz regulacji prawnej związków partnerskich, bezpłatne środki antykoncepcyjne, powszechność dostępu do in vitro, zrównanie wynagrodzenia kobiet i mężczyzn pracujących na takich samych stanowiskach, przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu, wspieranie rozwoju nauki i kultury czy walka z biurokracją i niekompetencją urzędników.

W pewnym stopniu na osiągniętym przez mnie wyniku wyborczym zaważyła również nierzetelność kolporterów moich ulotek wyborczych, którą stwierdziłem ponad wszelką wątpliwość. Kolportażem tych druków na terenie okręgu wyborczego nr 6 zajmowały się dwie różne firmy, współpracą z którymi jestem rozczarowany.

Na osłodę łez, czyli zwycięstwo moralne

Podczas swojej kampanii wyborczej otrzymałem wiele miłych sygnałów o poparciu dla mojej kandydatury. Poniżej pozwalam sobie przytoczyć treść tylko dwóch wiadomości e-mail, jakie otrzymałem od moich byłych studentów, których imiona i nazwiska pozostawiam do swojej wiadomości:

Chciałbym przekazać, że bardzo cieszę się, że wśród kandydatów partii Ruch Palikota odnalazłem właśnie Pana. Swój głos zamierzam oddać na Pana, gdyż jest mi Pan znany z czasów moich studiów w Instytucie Turystyki Krajów Biblijnych w Lublinie. Zapamiętałem Pana jako bardzo solidną osobę, wzbudzającą zarówno respekt, jak i zaufanie studentów.

Wiele osób wśród moich znajomych, a także moja rodzina, ma dosyć obłudnych ludzi przy władzy, jednak ciężko jest im znaleźć odpowiedniego kandydata, któremu są w stanie zaufać. Dlatego będę przekonywał osoby, które deklarują wsparcie Ruchu Palikota, aby wspierały ten Ruch, głosując na Pana.

Na koniec tej krótkiej deklaracji chciałbym wyrazić żal, że ciężko jest się przebić przez ten „mur plakatów i bilbordów”, którymi zasypane jest miasto i ciężko jest dotrzeć do wyborców, którzy nie poświęcają czasu, aby samemu znaleźć i wybrać odpowiedniego kandydata.

Życzę powodzenia i wszystkiego dobrego.

Ł.K.

Witam Pana bardzo serdecznie.

Nie miałam pojęcia, że startuje Pan w wyborach do Sejmu RP. Jestem miło zaskoczona. Mój głos planowałam oddać na Ruch Palikota, ale teraz będę spokojniejsza, że trafi on w dobre ręce.

Mnie też brzydzi religijność, która wrzeszczy, piętnuje, pali na stosach i wywyższa się ponad innych. Brzydzi mnie moralność, która akceptuje rzeczy niemoralne, pod warunkiem, że nie nadaje się im rozgłosu, a piętnuje te, które ujrzały światło dzienne!

Bardzo dziękuję za maila i trzymam za Pana kciuki!!!

Pozdrawiam

M.M.

Przytaczam właśnie te listy, gdyż ich autorami są moi byli studenci, a więc osoby, które nie miały żadnego osobistego interesu, aby popierać moją kandydaturę. Podobne sygnały od moich wyborców utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto być człowiekiem rzetelnym, otwartym i szczerym, gdyby nawet większość ludzi sądziła, że to się nie opłaca.

Wszystkim, którzy uznali mnie za człowieka godnego zaufania i oddali na mnie swój głos, pragnę z całego serca podziękować. Wielkie dzięki! Ciąg dalszy być może nastąpi.

Lublin, listopad 2011                                                                               Mariusz Orłowski