Czy edukować seksualnie czterolatków?

Mariusz Orłowski

Czy edukować seksualnie czterolatków?

Lekko zawrzało w konserwatywnych kręgach chrześcijańskich (katolickich i protestanckich) po konferencji na temat edukacji seksualnej, która odbyła się 22 kwietnia br. w siedzibie Polskiej Akademii Nauk. Razem z dwoma ministerstwami (zdrowia i edukacji) organizowała ją agenda ONZ ds. Rozwoju oraz polskie biuro Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Konferencja była poświęcona prezentacji standardów edukacji seksualnej w Europie, które WHO opracowało z niemieckim Federalnym Biurem ds. Edukacji Zdrowotnej. Prezentował je konsultant krajowy w dziedzinie seksuologii prof. Zbigniew Lew-Starowicz. Z zaprezentowanego raportu WHO wynika, że rozwój seksualności rozpoczyna się w momencie urodzenia, dlatego edukację na ten temat należy rozpocząć już przed czwartym rokiem życia. O tym, jak gwałtowne reakcje wśród polskich konserwatystów wywołał ów wniosek WHO, świadczą ich komentarze: „W ten sposób jedynie rozbudza się wyobraźnię seksualną, zamiast ją kształtować” (Jacek Żalek z PO), „Propozycja WHO ma koncentrować uwagę dziecka jedynie na zagadnieniu przyjemności seksualnej, pomijając sens ponadprzyjemnościowy – prokreacyjny” (ks. prof. Paweł Bortkiewicz, etyk), „MEN promuje demoralizację naszych dzieci” (Michał Baran, prezes Zarządu Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Archidiecezji Warszawskiej), „Eksperci WHO to szkodliwi durnie” (prof. Ryszard Legutko z PiS) czy „To mięso dla pedofilów” (dr Tomasz Terlikowski, filozof katolicki).

Czytając te i tym podobne często niewybredne komentarze, odnoszę wrażenie, że konserwatyści najchętniej w ogóle zrezygnowaliby z edukacji seksualnej swoich dzieci, zakładając, że wszystkiego nauczą się w małżeństwie, gdzie jest – ich zdaniem – miejsce na kontakty seksualne. Otóż konserwatywnym chrześcijanom chciałbym uzmysłowić, że wiedza na temat seksualności człowieka nie wyklucza decyzji o podjęciu współżycia seksualnego dopiero w małżeństwie. Tutaj ważne są wzorce wyniesione z domu czy Kościoła. Jeżeli podejdziemy do tego tematu bez założeń wstępnych i uprzedzeń, jest to logiczny wniosek.

Cała wrzawa wokół edukacji seksualnej bierze się chyba stąd, że przeciętnemu Polakowi kojarzy się ona, niestety, z pornografią i epatowaniem seksem. To wyobrażenie nie ma jednak nic wspólnego z rzeczywistością. Człowiek jest istotą seksualną i należy nauczać go na ten temat, dostosowując oczywiście treść i formę przekazywanych informacji do wieku dziecka. Tak jak czterolatkowi nie czytamy na dobranoc „Dziadów” A. Mickiewicza, tylko „Pippi Langstrumpf”, tak samo – edukując go seksualnie – nie powiemy mu o chorobach wenerycznych i antykoncepcji, tylko o tym, że pojawił się na świecie w wyniku miłości taty i mamy. To też jest edukacja seksualna!

Jako dyplomowany pedagog nie widzę nic zdrożnego w tym, aby edukację seksualną rozpoczynać jak najwcześniej, wiem bowiem, że kilkuletnie dzieci bawią się w lekarza i pacjenta, a kilkunastoletnie zaczynają ze sobą współżyć. Nie oceniam tutaj tego zjawiska, a jedynie stwierdzam fakty. Dlatego kilkuletnie dziecko – zgodnie z wnioskiem WHO – „powinno umieć wyrażać własne potrzeby, życzenia i granice w kontekście zabawy w lekarza”, a w wieku 9-12 lat „powinno nauczyć się skutecznie stosować prezerwatywy i środki antykoncepcyjne w przyszłości” oraz „umieć brać odpowiedzialność za bezpieczne i przyjemne doświadczenia seksualne”. Jest tu wyraźnie mowa o wiedzy i umiejętnościach, a nie o praktyce, zgodnie z zasadą, że wiedza musi wyprzedzać doświadczenia.

Przerażonych rodziców pragnę uspokoić. Prof. Z. Lew-Starowicz wyraźnie tłumaczy, że „celem konferencji nie było zachęcanie 12-latków do seksu, gdyż optymalny wiek rozpoczęcia takiej aktywności to około 20 lat”. Jednocześnie jednak jest on – podobnie jak ja – świadomy faktu, że młodzież rozpoczyna współżycie już w gimnazjum. Co więc z tym fantem zrobić?

Jedynym sensownym rozwiązaniem jest edukacja seksualna, która sprawi, że kilkunastoletnie dziewczynki nie będą zachodzić w ciążę, a być może pod jej wpływem w ogóle zrezygnują z pochopnego podejmowania aktywności seksualnej, która w tym wieku jest często rodzajem eksperymentu, chęci poznania czegoś nieznanego, zakazanego. Czy edukacja seksualna na najniższych etapach edukacyjnych będzie rozbudzała wyobraźnię seksualną i zachęcała do wczesnych eksperymentów z seksem, jak głoszą jej przeciwnicy? Wręcz przeciwnie – edukacja będzie tę wyobraźnię zaspokajała. A jeżeli ktoś sądzi, że współcześni kilkunastolatkowie nie eksperymentują z seksem, bo w szkole nie ma edukacji seksualnej, jest w błędzie. Zarówno eksperymentują, jak i rozmawiają na ten temat – zwykle wulgaryzując seksualne doświadczenia. Do tego rzetelną wiedzę na temat seksualności zastępują im mity, co w połączeniu z brakiem w Polsce wychowania seksualnego z prawdziwego zdarzenia powoduje rosnącą liczbę nastolatek w ciąży.

I na koniec. Chociaż przedstawiciele resortów zdrowia i edukacji pozytywnie odnieśli się do wniosków zawartych w raporcie WHO, zapowiedzieli, że nie są to standardy, które będą wdrażane w polskich szkołach, a jedynie dyskusja nad kierunkiem, w jakim powinna podążać edukacja seksualna młodzieży w naszym kraju. Niestety, tylko dyskusja.

Lublin, 25 kwietnia 2013

Możliwość komentowania jest wyłączona.