Syndrom DDRR, czyli czego to ludzie nie wymyślą

Mariusz Orłowski

Syndrom DDRR, czyli czego to ludzie nie wymyślą

Dzięki Internetowi dowiedziałem się ostatnio o tzw. syndromie dorosłych dzieci rozwiedzionych rodziców – w skrócie: DDRR. Przez ponad 40 lat żyłem w błogiej nieświadomości, aż tu nagle bęc. Według psychologów „osoby, które doświadczyły w dzieciństwie tragedii rozwodu, mają problemy w nawiązywaniu głębszych relacji z otoczeniem, zwłaszcza z przeciwną płcią, a także wykazują niechęć do zakładania rodziny”[1]. Słowem – biedny miś.

Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałem 6 lat, jednak już w tym wieku sam doszedłem do wniosku, że ich rozstanie było najlepszym wyjściem dla naszej rodziny. W domu się po prostu uspokoiło. Moja matka, z którą zostałem, nigdy nie nastawiała mnie wrogo wobec ojca i tak naprawdę problemem nie był dla mnie ich rozwód, ale to, że mój ojciec, rozwodząc się z moją matką, w pewnym sensie rozwiódł się również ze mną. Jak się to przejawiało? Odwiedzał mnie tylko raz w roku, w zasadzie przy okazji, gdy podczas urlopu przyjeżdżał na kilka dni w odwiedziny do swojej rodziny – rodziców i rodzeństwa oraz rodziny swojej drugiej żony. Chociaż nieustannie zapewniał mnie o swej ojcowskiej do mnie miłości, nigdy nie przywiózł mi np. jeansów, które wszyscy chłopcy uwielbiali, czy innego podobnego prezentu. Ponieważ od najmłodszych lat interesowałem się muzyką, moim marzeniem było posiadanie radia i magnetofonu klasy hi-fi oraz gitary – nawet akustycznej, bo o elektrycznej nie śmiałem wtedy marzyć. Jednak mój ojciec przesyłał mi tylko swoje zdjęcia z kolejnymi dedykacjami, zupełnie jakby był jakąś gwiazdą ekranu. Ja jednak ciszyłem się wówczas i z tego, bo i tak byłem w lepszej sytuacji niż np. mój najbliższy kolega, który nawet nie znał swego ojca. W takich okolicznościach chce mi się po prostu śmiać, gdy czytam wyznanie Anity, jednej z bohaterek artykułu „Dorosłe Dzieci Rozwodników”[2], która z powodu rozwodu rodziców uważa się za osobę, cytuję, „strasznie pokaleczoną emocjonalnie”. Oto, co pisze ta 27-letnia dziś kobieta:

„Ojciec miał potworne wyrzuty sumienia wobec mnie. Był dyrektorem dużej firmy, potem prowadził własną, miał pieniądze, żeby odkupić swoje wyrzuty sumienia. Zasypywał mnie prezentami. Chowałam je pod łóżko, żeby matka nie widziała. Bałam się jej reakcji. Czasami wstawałam w nocy, żeby pograć w jakąś grę, którą dostałam od ojca, przymierzyć bluzkę, którą kupiłyśmy z Jolą [drugą żoną jej ojca – przyp. M.O.]. Wiedziałam, że matkę nie było stać na wiele rzeczy i nie miałam jej tego za złe. Jak ojciec kupił mi mieszkanie za obronę magistra na 5, ona pierwszy raz przyszła tam po roku”[3].

Droga Anito, o ile nie jesteś jedynie wytworem fantazji dziennikarki i chcesz się dowiedzieć, co to są prawdziwe problemy życiowe, zapraszam Cię do pracy w mojej szkole. Będziesz miała okazję spotkać tu np. dzieci, które mieszkają w stodole, a do picia mają do wyboru wodę lub tanie wino owocowe - zdarzały się takie sytuacje. Ciesz się, że Twój tatuś miał wyrzuty sumienia i kupił Ci to mieszkanie od razu po studiach, bo mój takich wyrzutów, niestety, nie miał i chociaż ukończyłem bez jego pomocy kilka kierunków studiów, swoje pięćdziesięciometrowe lokum kupiłem sobie sam w wieku 40 lat i do tego na kredyt, który będę spłacał do 60 roku życia. Jak dożyję.

Jedna z moich studentek podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia napisała na Facebooku, że jest nieszczęśliwa z powodu tego, iż jej syn spędza te święta ze swym ojcem, a jej byłym partnerem. Nie potrafiła zrozumieć mojej argumentacji o korzyściach płynących z możliwości przebywania dziecka również z rodzicem, który na stałe z nim nie mieszka. A przecież nie zawsze jest tak pięknie. Na przykład mój ojciec nigdy mi nawet nie zaproponował wspólnego spędzenia jakichkolwiek świąt, a pobyt wakacyjny u niego w domu zawsze ograniczał do dwóch tygodni. Dzisiaj dziwię się sam sobie, że w takiej sytuacji w ogóle zdecydowałem się go odwiedzać.

Czy, biorąc pod uwagę to wszystko, postrzegam swoje dzieciństwo jako przeżycie traumatyczne, które odcisnęło negatywne piętno na moim dorosłym życiu? Wręcz przeciwnie – doświadczenia z najmłodszych lat ukształtowały moją społeczną wrażliwość i jeżeli za czymś już w życiu tęsknię, to właśnie za tym okresem, mimo że nie było przy mnie wówczas ojca. Patrząc z perspektywy upływających lat, wiem, że moje dzieciństwo było biedniejsze od dzieciństwa wielu moich rówieśników. Zresztą, wiedziałem to również wtedy. Dobre słodycze, cytrusy, szynka czy schabowy były traktowane w moim domu jak rarytasy, ale też nigdy nie chodziłem głodny i ten czas w moim życiu uważam za wręcz cudowny. Gdybym miał wybór, nie zamieniłbym mojego dzieciństwa na żadne inne. Złożyło się na to wiele czynników: miłość i wyrozumiałość mojej matki, dobre relacje z siostrą, wspaniali koledzy z podwórka i z klasy, piękne koleżanki, szkoła podstawowa, w której pracowali w większości dobrzy nauczyciele, stwarzający właściwą atmosferę wychowawczą. Jeżeli czytacie te słowa, pięknie dziękuję Wam wszystkim za to, że byliście obecni w moim życiu. Do tego dobry los chciał, że moje dorastanie przypadło na lata 70., czyli okres największego fermentu w muzyce rockowej…

Bardzo ważną rolę w mym życiu odegrała też babcia Wiktoria, która zamieszkała z nami po śmierci dziadka. Jeden z mych kolegów – już z czasów studenckich – twierdził, że jest kosmitką. Tak, była wyjątkowa. Niewykształcona i prosta, lecz nie prostacka. Chociaż ledwie potrafiła czytać i pisać, miała w sobie wielką wrażliwość, która przejawiała się niespotykaną życzliwością w stosunku do wszystkich ludzi. Nawet w przewlekłej chorobie nigdy się nie skarżyła w obawie, aby nie dodawać innym trosk. Gdy odchodziła, bardziej martwiła się o nas, którzy pozostawaliśmy. Nie chciała, abyśmy się smucili z powodu jej odejścia. Tak bardzo mi jej brak…

Jest taka scena w filmie „Obywatel Piszczyk” Andrzeja Kotkowskiego, w której tytułowy bohater, pracujący po gomułkowskiej odwilży w partyjnej „sondażowni”, wciela się kolejno w role przedstawicieli różnych zawodów i sam wypełnia ankiety zgodnie z oczekiwaniami swego szefa. Podejrzewam, że z tekstem „Dorosłe Dzieci Rozwodników” mogło być podobnie.

Lublin, 17 stycznia 2012

Przypisy:

[1] K. Krocz, Dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców, [online:] www.portal.abczdrowie.pl/dorosle-dzieci-rozwiedzionych-rodzicow.

[2] Interesujący komentarz do tego artykułu zamieściła osoba o pseudonimie kitty: „Sztuczny podział na dzieci rozwodników i z kompletnych rodzin, ale tytuł przecież musi być chwytliwy. Wprowadziłabym raczej podział na dzieci normalnych rodziców i tych szurniętych, których nie interesuje dobro dziecka, tylko jakieś chore porachunki. Rozwód nie ma tu nic do rzeczy. Znaczenie mają stosunki między dorosłymi członkami rodziny. Lepiej się rozstać zanim dojdzie do eskalacji konfliktu niż pozwolić, żeby dzieci patrzyły na codzienny horror, spanie w oddzielnych pokojach, bicie, wyzwiska, kłótnie i co tam jeszcze ci ludzie robią. […] Przeczytałam powyższy artykuł i włos mi się zjeżył – matka karająca córkę za kontakty z ojcem? Córka chowająca prezenty od ojca pod łóżkiem? Zgroza” (www.zdrowie.onet.pl/psychologia/dorosle-dzieci-rozwodnikow,1,4974639,artykul.html).

[3] M. Stasińska, Dorosłe Dzieci Rozwodników, [online:] www.zdrowie.onet.pl/psychologia/dorosle-dzieci-rozwodnikow,1,4974639,artykul.html.

Możliwość komentowania jest wyłączona.